O krajobrazach zwykle myślimy jak o tle: czymś trwałym, „zastanym”, obojętnym wobec naszego przemijania. A jednak są miejsca, w których tło przestaje być neutralne. Krajobraz staje się śladem – zapisuje w sobie przemoc technologii, logikę eksploatacji, długie trwanie katastrofy. Zostaje „skażony” nie tylko chemicznie czy radioaktywnie, lecz także symbolicznie: przez pamięć, przez milczenie, przez wstyd i przez niepewność tego, co wolno jeszcze nazwać pięknem. W takich pejzażach zmysły nie wystarczają, a to, co działa najmocniej, bywa niewidzialne: dawka, pył, osad, rozpad. I właśnie dlatego potrzebujemy języka – i właśnie dlatego język tak często się tutaj załamuje.
Numer „Czasu Literatury”, który otwieramy tytułem Skażone pejzaże, proponuje spojrzenie na przestrzeń jako na archiwum następstw. Interesuje nas skażenie rozumiane szeroko: jako materialna toksyczność środowiska (gleby, wody, lasu), ale też jako stan relacji – między ludzkim i nie-ludzkim, między pamięcią i zapomnieniem, między tym, co da się opowiedzieć, a tym, co pozostaje w elipsie, w zawieszeniu głosu, w niedopowiedzeniu. Dlatego w tym numerze pejzaż nie jest dekoracją: jest współsprawcą narracji, polem napięć, dowodem w sprawie, której nie da się szybko zamknąć.
Od blisko dwudziestu lat mój francuski kumpel Claude przesyła mi – dwa, trzy razy w tygodniu – kolejną odsłonę swojego bloga zatytułowanego (w przekładzie na polski) „Konieczne nieporozumienie”. Jeśli pamięć mnie nie myli, ten tytuł może być wspólnym naszym dziełem; przypomina coś z Ciorana, gdyby dojrzeć w nim, powiedzmy, aforystyczną definicję istnienia, a o Cioranie sporo w dawnym, przedblogerskim czasie gadaliśmy. Kolejne odcinki bloga są krótkie i niemal wszystkie wypełnione są cytatami z poezji albo czyimś wierszem; bardzo rzadko z jednym czy dwoma zdaniami towarzyszącymi, minikomentarzem albo wprowadzeniem. Sam Claude jest poetą, wydał kilka niewielkich książek w niszowych wydawnictwach. Nie lubi ruszać się z miejsca – kiedyś chciałem go ściągnąć na pierwszy Festiwal Conrada; bez szans. Jego nazwisko nie jest znane, tak jak nie są znane poza bardzo wąskim kręgiem nazwiska poetów, których wersy przytacza. Nieznużona ciągłość bloga sprawia wszakże, że czytającym przynosi dziwne wrażenie uczestnictwa w wiecznym teraz, w którym zdania-wersy spotykają się w jednym miejscu i w jednej chwili rozciągniętej do kresu możliwości.
Pozór takiego „wiecznego teraz” przynoszą również festiwale literackie będące tematem tego wydania „Czasu Literatury”. Pozór, gdyż owe parodniowe spotkania, jeśli atmosfera jest nagrzana, obcinają brzegi trwania; przeszłość i przyszłość odpadają, a w zamian nabrzmiewa chwila, w której jesteśmy. Słabo dostrzegam funkcję społeczną festiwali, ale funkcję metafizyczną – owszem. Zwiększa się dawka istotności; autorzy, kiedy tylko publiczność dopisuje, mogą mieć poczucie wzmożonej sensowności własnego pisania, którego to poczucia na co dzień przed ekranem wybitnie brakuje. Tym bardziej, że wieczorem można się wspólnie napić albo popalić. Publiczność, jeśli dobrze pójdzie, też wchodzi do tego wehikułu mikrowieczności (kiedyś bito rekordy: ile osób zmieści się w małym fiacie, więc coś takiego); przejmie się tym, co usłyszy, z niektórych mądrości zaplecie własne poczucie sensu. Mówię to właściwie bez ironii; oczywiście festiwale przynoszą potężną dawkę vanitas, łatwą do obśmiania. Najmniej lubię te, na które tylko się wpada, żeby wypaść; do stworzenia święta, zbudowania Złotego Miasta, trzeba ciut więcej obecności.
Codzienność jest jak tlen – niewidoczna, wszechobecna, niezbędna. Przez większość czasu nie myślimy o niej wcale, a jednak to właśnie ona stanowi najgęstszy i najbardziej uporczywy materiał naszego życia. Bywało, że w literaturze codzienność lekceważono: jako zbyt oczywistą, zbyt banalną, niegodną opowieści. A przecież to w niej pulsują wszystkie napięcia współczesności – w gestach, które wykonujemy automatycznie, w przedmiotach, które nas otaczają, w powtarzalnych rytuałach i w tym, co wymyka się ich porządkowi.
W obecnym numerze „Czasu Literatury” przyglądamy się codzienności nie jako tłu, lecz jako bohaterce opowieści. Zadajemy pytania: co literatura potrafi wydobyć z tego, co na co dzień? Jakie znaczenia kryją się w „małych” historiach, w przestrzeniach kuchni, tramwajów, osiedli, sklepów, aplikacji? Czy to właśnie codzienność – z jej kruchością, rytmem i powtarzalnością – nie jest dziś naszym najważniejszym doświadczeniem wspólnym?
But jest tylko butem, aż ktoś go założy, powiedział Rob Strasser, szef reklamy w Nike. Ktoś, czyli Michael Jordan, któremu Nike w roku 1984 zaoferowało pięcioletni kontrakt w wysokości dwóch i pół miliona dolarów plus procent od każdej sprzedanej pary butów, co nigdy przedtem się nie zdarzyło. Tak, żaden sportowiec przed Jordanem nie miał zagwarantowanego udziału w zyskach ze sprzedaży – Jordan był pierwszy i dopiero po nim regułą stał się dzielenie ze sportowcami zyskiem. Dostał duży, naprawdę duży kontrakt, w sumie rekordowy, udział w zyskach, a ponadto własną linię butów, co także było precedensem, bo dla żadnego innego sportowca nie stworzono wcześniej butów.
Buty o nazwie Air Jordan zaprojektował Peter Moor. Moor wymyślił dla linii Air Jordan uskrzydlone logo. Nawiązywał do skrzydeł Hermesa, bożka szybkonogiego, sprytnego i pełnego wdzięku. Od teraz Hermes był więc patronem nie tylko pisarzy i złodziei, ale także Jordana i innych koszykarzy, którzy nosili jordany. Pierwsze air jordany z 1985 roku kosztowały sześćdziesiąt pięć dolarów i były najdroższymi w historii butami sportowymi produkowanymi taśmowo.
co się dzieje z moim mózgiem, gdy
przypominam sobie siebie ze zdjęć
z dawnych czasów,
a tych zdjęć już nie ma,
zabrałem siebie ze zdjęć
dawno nieistniejących,
jakieś okularki i
sweterek w słoniki
wyświetlają pod czapką się,
a przecież i rodzice nie żyją,
nie mam kogo zapytać
o własne dzieciństwo,
z którego nikt się jeszcze nie
wykaraskał
jak ten Karasek –
czy to czeski, czy polski
poeta?
papieru w biurowym
sklepie, żadna marka
do mnie nie dotarła,
jakiś wzorek, kolorek;
między szarymi ścianami,
ciemniami i bielami
biurowymi, celami
pracy, docelową
śmierć od linijki –
wzdłuż zbóż,
wzgórz i burz!
Kurz z dna mórz!
Nie! Ja jestem Frank Zappa!
Panie, nie fikaj, za panem stoją
Attyla, Atallah i Ataturk!
Frank, to ja, Jimi Hendrix,
ten za ladą to Miles Davis!
A co z tymi trzema?
Gdzie oni są? Zwiali!
współczesny, wyewoluował z owalu
oliwinu, kątem badał oka,
ukośne cięcie węglem
po przekątnej płótna,
przestrzału fałdy, słońca
wlewa po
pniu pękniętej jabłoni; i ów
kapćman człapie do rzędu tuj,
cis Chopina
z Łazienki –
i niech przynajmniej raz się wyluzuje
pod żaglem drzewa, na pokładzie tej ziemi
Jay-T i Chopin, tak,
Edward Stachura z gitarą,
Lutosławski niesie
mikrofon Martyniukowi,
po drodze ktoś pomylił Martyniuka
z Maleńczukiem,
specjalnie po to zmartwychwstał;
cały czas ich obserwuje kapćman.
Śniadanie jako samobójstwo na raty.
Śniadanie jako wola, przeinaczenie,
sama woda. Nie!
Śniadanie jako sama wola!
odbierać, szczęście
przez pryzmat
ciągu przyczynowo-
-skutkowego?
Spiskom, knuciom
przedstawiam zwykłą prostotę
bycia, bez zbędnego
kombinowania,
młotkowe struktury nawet,
a może i
dziecięcy uśmiech
starego chłopa,
bez zakłamania.
Piszę to po tym,
gdy największe utrapienie
literatury
niech się wypcha
jak trofeum
myśliwskie,
relikt.
A teraz piszę,
gdy okazuje się
kwantprekambr,
naćpany wiersz
nie wie, co ma powiedzieć,
bdzi
cibidźd
dzing
bździngping
jak upiór romantyczny
w dżinsowej kurtce
w wywrotowni jednoosobowej
nagle
Stworzyłyśmy alfabet wątków
utkany ze słów.
Moja suknia głosowała
moja suknia wyznawała się.
Czy wiedzieliście, że słowa na tablicach z prawem
nie były wyryte, lecz wybite
na wylot w kamieniu,
więc litery utworzone z promieni słońca
wypalały się na siatkówce
i odciskały na wszystkim, co widziało oko?
Czy wiedzieliście, że gdy przyglądać się prawu
wystarczająco długo
– nie literom, ale samej płycie z kamienia –
to można dostrzec, że faluje na wietrze
niczym jedwab?
Że samo prawo tkaniny –
nieuchwytna esencja,
na której zbudowano imperia –
ma większą moc niż
jakiekolwiek słowo?
Prenumerata to cztery spotkania z literaturą w roku — bez kolejek, bez kosztów wysyłki, prosto do Twojej skrzynki. Płacisz 40 zł, zyskujesz wygodę i pewność, że nic Ci nie umknie.