But jest tylko butem, aż ktoś go założy, powiedział Rob Strasser, szef reklamy w Nike. Ktoś, czyli Michael Jordan, któremu Nike w roku 1984 zaoferowało pięcioletni kontrakt w wysokości dwóch i pół miliona dolarów plus procent od każdej sprzedanej pary butów, co nigdy przedtem się nie zdarzyło. Tak, żaden sportowiec przed Jordanem nie miał zagwarantowanego udziału w zyskach ze sprzedaży – Jordan był pierwszy i dopiero po nim regułą stał się dzielenie ze sportowcami zyskiem. Dostał duży, naprawdę duży kontrakt, w sumie rekordowy, udział w zyskach, a ponadto własną linię butów, co także było precedensem, bo dla żadnego innego sportowca nie stworzono wcześniej butów.
Buty o nazwie Air Jordan zaprojektował Peter Moor. Moor wymyślił dla linii Air Jordan uskrzydlone logo. Nawiązywał do skrzydeł Hermesa, bożka szybkonogiego, sprytnego i pełnego wdzięku. Od teraz Hermes był więc patronem nie tylko pisarzy i złodziei, ale także Jordana i innych koszykarzy, którzy nosili jordany. Pierwsze air jordany z 1985 roku kosztowały sześćdziesiąt pięć dolarów i były najdroższymi w historii butami sportowymi produkowanymi taśmowo.
Akt urodzenia
1918, USA. Chłopcy wykrwawiają się na frontach Wielkiej Wojny, kobiety domagają się praw wyborczych, Kongres szykuje się do wprowadzenia prohibicji, a Karolina Północna rośnie w siłę jako bawełniana i tytoniowa potęga. Właśnie tutaj, 15 lutego, rodzisz się. Jesteś 4. dzieckiem T. Oscara Johnstona („Ojciec; Kolor skóry: Biały; Wiek w latach pełnych: 36”) i Corinny Hoover („Matka; Kolor skóry: Biały; Wiek w latach pełnych: 38”). Zostaje Ci nadane imię – Aubrey – które przez lata będzie przekręcane, zastępowane eufemizmami albo zupełnie wymazywane. Ale teraz, Aubreyu Hayesie Johnston, nie ma powodu, by ukrywać Twoje istnienie. Jesteś, tylko i aż, synem swoich rodziców i bratem swoich sióstr. W Twoim akcie urodzenia zostaje więc zapisane: „Niniejszym oświadczam, że byłem obecny przy narodzinach tego dziecka, które urodziło się żywe […]”.
Część 1 1941–1956
Księga gości
Nie wiadomo, dlaczego i jak tam trafiasz, ale w latach ’40. mieszkasz już w New Yorku – „mieście, które nigdy nie śpi”, a które teraz ma jeszcze jeden powód do bezsenności: kolejną wojnę. Z portów co chwila odchodzą statki z zaopatrzeniem, a przybijają do nich te pełne przerażonych Europejczyków, szukających w Twojej ojczyźnie spokoju i bezpieczeństwa. Jednym z nich jest on – Jan. U siebie, w Polsce – wybitny poeta i bywalec salonów, tutaj – jeszcze jeden nikt. Oczywiście, nadal chce czuć się ważny, ale nie zamierza się asymilować czy jakoś przesadnie angażować w naukę angielskiego – po prostu czeka, aż będzie można wrócić do kraju, i w międzyczasie trzyma się tylko ze „swoimi”.
Mimo to poznajecie się. Po latach napisze, że w ’41.1, ale najwcześniejszym śladem, który zostawiasz w jego życiu, a który przetrwa, jest wpis w jego księdze gości w styczniu ’442. Bez dokładnej daty, bez komentarza – tylko nagryzmolone szerokim, lewoskośnym pismem pierwsze imię i nazwisko. Pośród jego krajanów i krajanek – Iren, Zygmuntów, Janin, Aleksandrów i Sław – jesteś jedynym Amerykaninem. Ale kilka miesięcy później, na kolejnej karcie, pod podpisem dodajesz: „[…] »z polskich salonów na nowojorskie wybrzeża”3, a w następnym roku, w sylwestra, spolszczasz sobie nazwisko do „Johnstonski”4. Należysz do nich. Należysz do niego.
Fotografia
Jakoś w tych czasach bierze Cię ze sobą na przyjęcie do newyorskiej ambasady RP, na którym ktoś robi Wam zdjęcie: siedzicie przy zastawionym stoliku z niedbale narzuconym obrusem; Ty – dziarski blondwłosy country boy* pod krawatem, on – zmęczony łysiejący pan po czterdziestce, w za luźnej marynarce i okularach korekcyjnych. Wyglądacie jak ojciec i syn, którzy wybrali się do restauracji uczcić magisterkę tego drugiego – obaj uśmiechacie się do obiektywu, a Ty trzymasz kieliszek, jakbyś miał wznieść toast5. Musi mieć niezły tupet, że Cię tu przyprowadził. Albo nie zdaje sobie jeszcze sprawy z możliwych konsekwencji i myśli, że wolno mu przed samym sobą udawać, że New York to Warszawa, gdzie z chłopakami, których kochał, mógł pokazywać się bezkarnie6. Między Wami siedzi młoda brunetka w czarnym żakiecie – Janina7, jego przyjaciółka, z którą często się spotykacie. To Wasze jedyne wspólne zdjęcie.
co się dzieje z moim mózgiem, gdy
przypominam sobie siebie ze zdjęć
z dawnych czasów,
a tych zdjęć już nie ma,
zabrałem siebie ze zdjęć
dawno nieistniejących,
jakieś okularki i
sweterek w słoniki
wyświetlają pod czapką się,
a przecież i rodzice nie żyją,
nie mam kogo zapytać
o własne dzieciństwo,
z którego nikt się jeszcze nie
wykaraskał
jak ten Karasek –
czy to czeski, czy polski
poeta?
papieru w biurowym
sklepie, żadna marka
do mnie nie dotarła,
jakiś wzorek, kolorek;
między szarymi ścianami,
ciemniami i bielami
biurowymi, celami
pracy, docelową
śmierć od linijki –
wzdłuż zbóż,
wzgórz i burz!
Kurz z dna mórz!
Nie! Ja jestem Frank Zappa!
Panie, nie fikaj, za panem stoją
Attyla, Atallah i Ataturk!
Frank, to ja, Jimi Hendrix,
ten za ladą to Miles Davis!
A co z tymi trzema?
Gdzie oni są? Zwiali!
współczesny, wyewoluował z owalu
oliwinu, kątem badał oka,
ukośne cięcie węglem
po przekątnej płótna,
przestrzału fałdy, słońca
wlewa po
pniu pękniętej jabłoni; i ów
kapćman człapie do rzędu tuj,
cis Chopina
z Łazienki –
i niech przynajmniej raz się wyluzuje
pod żaglem drzewa, na pokładzie tej ziemi
Jay-T i Chopin, tak,
Edward Stachura z gitarą,
Lutosławski niesie
mikrofon Martyniukowi,
po drodze ktoś pomylił Martyniuka
z Maleńczukiem,
specjalnie po to zmartwychwstał;
cały czas ich obserwuje kapćman.
Śniadanie jako samobójstwo na raty.
Śniadanie jako wola, przeinaczenie,
sama woda. Nie!
Śniadanie jako sama wola!
odbierać, szczęście
przez pryzmat
ciągu przyczynowo-
-skutkowego?
Spiskom, knuciom
przedstawiam zwykłą prostotę
bycia, bez zbędnego
kombinowania,
młotkowe struktury nawet,
a może i
dziecięcy uśmiech
starego chłopa,
bez zakłamania.
Piszę to po tym,
gdy największe utrapienie
literatury
niech się wypcha
jak trofeum
myśliwskie,
relikt.
A teraz piszę,
gdy okazuje się
kwantprekambr,
naćpany wiersz
nie wie, co ma powiedzieć,
bdzi
cibidźd
dzing
bździngping
jak upiór romantyczny
w dżinsowej kurtce
w wywrotowni jednoosobowej
nagle
Stworzyłyśmy alfabet wątków
utkany ze słów.
Moja suknia głosowała
moja suknia wyznawała się.
Czy wiedzieliście, że słowa na tablicach z prawem
nie były wyryte, lecz wybite
na wylot w kamieniu,
więc litery utworzone z promieni słońca
wypalały się na siatkówce
i odciskały na wszystkim, co widziało oko?
Czy wiedzieliście, że gdy przyglądać się prawu
wystarczająco długo
– nie literom, ale samej płycie z kamienia –
to można dostrzec, że faluje na wietrze
niczym jedwab?
Że samo prawo tkaniny –
nieuchwytna esencja,
na której zbudowano imperia –
ma większą moc niż
jakiekolwiek słowo?
Jam jest kraina –
ułożona w terasy moja ziemia
posklejana korzeniami moje wody
wsiąkają w szczeliny moje kamienie
trzymają się równo moje obmurowania
schludnie dzielą winnice i gaje oliwne.
Contadino, uczyniłeś mnie piękną.
Z daleka
byłam rajem. Z bliska –
pracą ponad siły.
W złotym środku zaś – obojętnymi
stoiskami na targu.
Towarami z importu i na eksport.
Contadino, mój kochany. Zostawiłeś mnie
dla miasta.
Moje mury skruszały
moje dziki tratują pola
moje nadmorskie sosny nacierają
pomachując na wietrze
wysokimi jak maszty szczytami.
Moje szlaki były zanadto kłujące
jak na twój gust, mój contadino.
Wyśmiewali twój szorstki akcent
więc wyprasowałeś go jak koszulę.
Zadbanymi paznokciami przebiegałeś po klawiaturze
w klimatyzowanych pomieszczeniach
na szczycie marmurowych schodów dobytych
z gór mojej siostry.
A ja, opuszczona i dziczejąca,
otrząsam się z sadzonek i granic;
wystarczy kilka obrywów i burz,
by zacząć wszystko od nowa.
W czasie gdy toną pontony
unoszące uchodźców wojennych
niemych na malowniczym morzu
urzędnicy odbywają długie narady
w Agencji Turystyki
dumając, jak na nowo rozkochać
we mnie słodkiego contadino –
wiedzą bowiem dobrze, że jestem
bardziej zyskowna jako gaj oliwny.
Brakuje nam już rąk
by połapać wszystko to,
co trzeba ocalić
Zabrali nas nad rzekę, wszystkie jedenaście.
Najwyraźniej przestałyśmy już być potrzebne.
Jakiemuś mężczyźnie nie spodobało się coś,
co powiedziała jedna z nas.
Albo to, że wymknęłyśmy się na gorditas,
łamiąc obietnicę, że w dzień się odchudzamy.
Innemu mężczyźnie przyszło do głowy, że
łatwiej do nas trafić, kiedy głodujemy
takim głodem, od którego kurczysz się
jak opakowanie próżniowe,
aż myśli lgną do żeber,
słowa ulatują
i zamieniasz się w wygłodniałe zwierzę.
Tak czy inaczej, dozorca
przyprowadził nas tu na piechotę.
Miałyśmy związane ręce.
Zaklejone usta.
Jedna do drugiej przywiązane w pasie:
istny wianuszek dziewczyn.
Przysłali go, bo nie opłacało się
zawracać głowy profesjonaliście.
Musiałyśmy patrzeć, jak każdą po kolei
tłucze po twarzy kamieniem, aż przestanie się ruszać.
Spętał nas sznurem talia przy talii, więc każde szarpnięcie
ciągnęło dziewczynę po lewej, zaciskając żołądek.
Leci szczęka, lecą zęby. Nos,
oczy, i prosto między oczy.
Patrzyłyśmy, aż do chwili, gdy
gałki wywróciły się do środka
i oglądały już tylko noc.
Ostatnia z nas nie żyła już,
kiedy przyszła jej kolej,
uduszona wymiocinami pod taśmą klejącą;
ogień w nozdrzach,
który połknęła.
A potem zostawił nas na pożarcie
dzikom i kojotom.
Dwa lata później znaleziono
nasze kości, porozrzucane i wyblakłe w słońcu.
Wszystkie naznaczone
w ten sam sposób –
Ile maszyn potrzeba,
by uszyć tę sukienkę, podnieść
i opuścić
tamten kamień?
§
Na próżno szukałam artykułów prasowych
opisujących naszą historię w zalewie
wiadomości o tysiącach kobiet, które podzieliły nasz los.
Nad grobami
przywołujemy naszych zmarłych
i prosimy, by dodali nam sił
śpiewamy przy zbieraniu szczątków
które pobrzękują w skórzanej torbie
ale w naszej pieśni
każda kostka klekocze inaczej.
Dmiemy w ich kości.
Oddech za oddechem
budujemy
armię
§
Krążę po domu śmierci
przywołując nasze martwe
ciała:
Zbudź się babciu
zbudź się dziadku
zbudź się 43
zbudź się 49
zbudź się 22
zbudź się 72
zbudź się 193
zbudź się 45
zbudź się 332
zbudź się 16
zbudź się 52
zbudź się 55
zbudź się 400
zbudź się 300
zbudź się 300
zbudź się 18
zbudź się 17
zbudź się 68
zbudź się 70
zbudź się 23
zbudź się 20
zbudź się 120
zbudźcie się
bezrolni spaleni żywcem
hazardziści zwęgleni w kasynie
dzieci spopielone w żłobku
wiedźmy ze stosów
zbudźcie się
mężczyźni poćwiartowani
torturowane kobiety
migranci zaduszeni w naczepach
i spoczywający na dnie Morzapomiędzy
Północą, Południem, Wschodem
zbudźcie się wymarłe zwierzęta
zapomniane pieśni ptaków
wyeksploatowane góry
wydobyte kamienie
utracone koralowce
Stańcie przed nami.
Użyczcie swego głosu.
Zbyt długo już chodzimy na kolanach
po ścieżce krwi
usłanej płatkami cempasúchil.
Niech powstanie z nas most.
Z nas – most
Prenumerata to cztery spotkania z literaturą w roku — bez kolejek, bez kosztów wysyłki, prosto do Twojej skrzynki. Płacisz 40 zł, zyskujesz wygodę i pewność, że nic Ci nie umknie.