Bukiet

Właśnie skończyła obwiązywać bukiet z rudych liści klonu. Zaraz pójdzie w stronę Szewskiej, tam może ktoś kupi za parę groszy, na pamiątkę, z litości, z przekory. Ludzie potrafią znaleźć mnóstwo powodów.

 

Wczoraj nie uzbierała nic. Sprawdziła wszystkie biletomaty wokół Plant, nawet zapuściła się na plac Inwalidów, a potem utknęła w parku, bo po drodze, na Rajskiej, znalazła sczytany zbiór opowiadań Iwaszkiewicza. Znała go na pamięć, ale nigdy nie zaszkodzi, żeby sobie przypomniała. Prawie pół wieku temu pisała o nim pracę magisterską, jeździła wieleset kilometrów do Stawiska, prowadziła szczegółową kwerendę. Iwaszkiewicz to jej najlepsze lata, najlepsze wspomnienia. Dziś jeszcze raz, być może ostatni – pomyślała – bardzo uważnie wróci z Wiktorem do Wilka. Czytała powoli. Nigdy się nie spieszyła. Dziś i tak już nic nie znajdzie. Może wieczorem, gdy podpici młodzi ludzie, upojeni początkiem roku akademickiego, powrotem do studenckiego życia, w rytmie miejskiego szumu będą gubić pojedyncze monety albo zapominać o reszcie w automatach.

 

Do wieczora jeszcze daleko. Niecierpliwie przebierała palcami. Niecierpliwość przenikała przez jej dłonie, wylewała się na bruk. Długo nie mogła zaprzyjaźnić się z szarą, porowatą kostką. Szła z Wiktorem do Wilka. Słyszała piski Julci i Joli, Zosi i Kazi cieszących się z przyjazdu mężczyzny. Słyszała też milczenie, głuche echo splecione z miejskim szumem, a słyszała je dlatego, że o niej nikt nie mówił, nikt nie wołał „Asia przyjechała”. Teraz już nie.

 

Gdy na kartkę spadły pierwsze krople, wiedziała, że musi się gdzieś schować i że zapowiada się długa, deszczowa noc. Czuła ją w kościach. Naprawdę: nie tak jak starzy ludzie w jej wieku, ale jakoś inaczej, choć sama nie potrafiła dociec, na czym to polega. Nie interesowało jej nic więcej, bo wszystko, co zwykliśmy nazywać sprawami przyziemnymi, jej już nie dotyczyło. Bynajmniej nie z tego powodu, że była zadufaną w sobie spirytystką albo dewotką. Nie. Trudno nawet powiedzieć, czy wierzyła w cokolwiek poza literaturą (o ile tę pasję można nazwać wiarą). Zostały jej tylko te literackie światy. A i one kurczyły się w zastraszającym tempie. Nadchodziła przecież zima. W przytułku nie ma warunków do czytania i do czytania nie ma nic, czego ona by pragnęła. Jeszcze gazety tak, jakieś klasyczne książki, które znała na pamięć – tak, ale żadna, do której chciałaby wrócić. „Te wymuszone powroty – myślała nie raz – obrzydzają mi jeszcze bardziej to moje obrzydzone życie”. Nikt za nią nie wołał. Czasami gołębie spoglądały na nią błagalnym wzrokiem, który dobrze znała, bo sama takim patrzyła na innych. Tak jak teraz, gdy w dłoni trzymała bukiet, a pod pachą książkę, szukając schronienia przed nadchodzącym deszczem.

Autorem grafiki jest Kamil Rekosz

Ulice rozbrzmiały feerią barw, która wchłaniała moknącą kobietę. Jej kształt zacierał się, zlewał z cieniami pulsującej jesieni. Migotał. Rozmywał się w astygmatyzmie nieznanych jej spojrzeń. Choć włóczy się po tych okolicach od wielu miesięcy, nikogo nie poznała, nawet nie zapamiętała z widzenia. I pewnie to już się nie zmieni. Ściskając pod pachą książkę, przyciskając ją mocno do ciała, żeby nie zmokła, pędziła przed siebie, niemal na oślep. Jakby czymś oczarowana albo otumaniona. Mijani ludzie zatrzymywali się, oglądali za siebie w jej kierunku. Wysoka kobieta z książką pod pachą, stawiająca duże kroki, kurczyła się w oczach, kuliła, stawała coraz mniejsza, jakby zaraz miała zniknąć, wpaść między chodnikowe płytki.

 

On może i ją zobaczył na drugim końcu Szewskiej, ale nie spodziewał się, że akurat jemu przypadnie bukiet z liści, ten bukiet, który już zdążył trochę zmoknąć. Bo co tam bukiet, byle nie zalało Iwaszkiewicza, myślała. W dłoni trzymał więc rude zawiniątko, jeszcze gdzieniegdzie kruche, pachnące suszem, jeszcze rozpadające się pod naciskiem siły męskich palców. Resztki zapachu, drobinki szorstkiego dotyku zajmowały całą jego uwagę. Niby szparą dostawały się do niego, odrywając wieloletnie strupy albo nakłuwając miejsca tego wymagające.

 

Liście jak liście. Zebrane, zwinięte w zmyślne rulony, miały rzekomo generować niezwykłą atmosferę mrocznego i tajemniczego XIX wieku. Liście i lekcje. Tamte lekcje lata temu potrzebowały cieni starych lip i klonów, zwłaszcza że tej jednej jesieni, gdy w liceum omawiała romantyzm, Mrok był wręcz pożądany. Żaden uczeń nie byłby w stanie, myślała wtedy, zrozumieć, o co chodzi z tą epoką. Ją trzeba poczuć, innej drogi nie ma. Słońce i odmalowana tak zwana złota jesień zamiast pomóc w dydaktycznym spacerze po starym przypałacowym parku, zatruwała wszędobylską nudą i rozkojarzeniem. Kto w taką pogodę zechciałby zanurzyć się w Królu olszyn albo Świteziance? Na nic nie przydały się trzy stawy, dudlaste lipy, w których mogły ukryć się upiory, i nawet kaplica na wzniesieniu, czuwająca nad szczątkami dawnych właścicieli tych terenów, nie była w stanie chociażby drgnąć struną wyobraźni. A przecież lepszego miejsca na Dziady nie można było sobie wymarzyć. Cmentarz odpadał, bo proboszcz miał zbyt wrażliwy rejestr bałwochwalczy, za to zupełnie niedostrojony ten odpowiedzialny za minimalną wrażliwość na kulturę wysoką.

 

Dziady i ballady nie udały się, niestety. Przed drugą lekcją – terenową lekcją polskiego – klasa postanowiła ukłonić się profesorce i pójść każdy w swoją stronę. Takim obrotem spraw nie była wcale zaskoczona. Nie potrafiła raczej odnaleźć siebie i swojej reakcji polegającej na braku reakcji. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej nie pozwoliłaby sobie na takich ruch. Obojętność jakby krążyła w niej. Poddawała się odwiecznemu pytaniu: „Do czego mi się to przyda?”. I odpowiadała: nie każdemu, może niektórym, do lepszego życia. Ale nie wszystkim. Wcześniej nie wyobrażała sobie, jak szybko to wszystko może w niej ulec zmianie. Jak pogoda.

 

A pogoda rzeczywiście dziś kapryśna, jak wtedy.

 

„Chcesz w zapomnianej bramie pozbierać wspomnienia i znaleźć sposób na schowanie bezcennej książki gdzieś głębiej, między zawoje płaszcza i szala? Musisz to odłożyć na później, bo oto teraz przestało padać. Szum zniknął, a ulica znowu zaczęła napełniać się ludźmi, tłumami, mimo późnej pory, ale przecież piątek. Musisz wyjść, szybciej przebierać niekrótkimi nogami, być zwinniejsza. Chcesz te pieniądze? Zależy ci na tym? Przecież nie porzuciłaś swojego marzenia, tylko ono ci zostało. Jakoś specjalnie nie musisz o nie walczyć. Raczej tak sobie, tylko cierpliwości musisz mieć więcej i odrobinę, ciut, ciut – na końcu noża, pierwiastka aktorskiego. A nuż ktoś cię zobaczy i ulituje się…”.

 

Zaklinała rzeczywistość, stojąc dokładnie między ulicą a wnętrzem budynku. Czuła, jak próg wbija się jej w stopy. Krok w tył oznaczałby rezygnację, krok w przód – nie do końca przemyślane ryzyko. Sabotowała samą siebie. Przebywanie w progu wysysało energię, a to przecież tylko stanie, bycie pomiędzy, niby nic wielkiego. Stan zawieszenia, w którym tkwiła od kilkunastu miesięcy, uderzał ze zdwojoną siłą. Nawet w postaci tak niewielkich ukłuć był w stanie upuścić krwi, doprowadzić ją do nieprzytomności. I wcale nie chodzi tutaj o egzaltację właściwą romantycznym dziewczynkom, znanym nam wszystkim z popularnych opowieści.

 

Pachniała spalenizną, choć na ubraniu nie było widać żadnych śladów. Gdy szła ulicą, niejeden odwracał się w jej kierunku, pociągając nosem. A ona szła, z trudem wlokąc długie, smukłe nogi, teraz jednak coraz bardziej ociężałe, jakby czuła każdą żyłę osobno, każdy żylak i odcisk powstały na zawilgoconych stopach.

 

Miejskie noce nie są wcale takie ciemne. Biletomaty oświetlone, przeważnie gdzieś w świetle latarni. Grzebała delikatną dłonią raz po raz. Z czułością i zapartym tchem szukała choćby kilku groszy. Wygrzebała złotówkę. Pewnie to czyjaś reszta, nieodebrana, bo akurat nadjechał tramwaj, więc trzeba było biec.

 

– O tak, biegnijcie! Dalej, śpieszcie się, najdrożsi! Zapominajcie o swoich resztach, o drobiazgach, które nikogo nie zbawią!

 

Zaklęcie jak modlitwa. Szeptała je zawsze, gdy widziała chmarę ludzi przy automacie. Czasami jakiś bóg zawieszony na chmurach wysłuchiwał jej modlitw. Czasami wyobrażała go sobie jako sowę schowaną gdzieś w resztkowaciejącej kamienicy bez okien, z coraz bardziej dziurawym dachem. Nieważne, kto słuchał modlitw. Ważne, że słuchał. Dziękowała, śląc w eter swoje czułości. Dziś tych podziękowań miała mniej. Nadziei też. Deszcz co prawda przestał padać, ale w powietrzu nadal było czuć wilgoć. Jeszcze popada.

 

Próżno szukać suchych liści na Plantach, pomyślała. Deszcz przemoczył wszystkie. Dla pewności grzebnęła to tu, to tam. Upewniła się, że faktycznie nie ma na co liczyć i kolejne bukiety trzeba będzie zrobić dopiero jutro, o ile wyschną. Nie wiedziała, czy wracać na Szewską i koczować w pobliżu bramy, która zawsze była dla niej schronieniem przed deszczem, czy trzymać się okolic Bagateli, bo tam jednak przewalają się tłumy i odjeżdżają tramwaje. Zawsze można znaleźć jakiś grosz. Można siedzieć i zaklinać rzeczywistość, żeby gubili pieniądze i zapominali swoich resztek z biletomatów. Zaklinać i zaklinać, uporczywie.

 

Niepostrzeżenie stała się centrum jakiegoś kręgu. Ludzie oddalali się od niej na bezpieczną odległość. W wilgotnym powietrzu mocny zapach spalenizny dodatkowo odpychał kotłujących się wokół niej ludzi.

 

Szła raz na Planty, raz na Szewską. Kręciła się jak ćma. Parła do przodu ze spuszczoną głową. Podniosła ją może ze trzy razy, ale za ostatnim znowu zobaczyła jego. Nadal trzymał bukiet, teraz już kompletnie mokry. Kogoś jej przypominał, ale nie potrafiła go nazwać, jego imię umykało gdzieś w mroku.

 

– Mogę? – Podeszła z wyraźnym zamiarem wzięcia go pod rękę.

 

On nie protestował, ale też nic nie powiedział, za to ona tak:

 

– Czwarty miesiąc i nadal nie potrafię się odnaleźć. A tak przecież marzyłam, żeby tu być. Całe lata spędziłam na marzeniach o tym mieście. Całą energię włożyłam w to, żeby marzenie się ziściło. Ale nie sądziłam, że spełni się w taki sposób.

 

Między nimi nastało milczenie. On nie chciał dopytywać, choć ona bardzo tego chciała. W dłużącej się chwili wreszcie znalazła w sobie więcej siły, troszkę więcej (widziała jej deficyt, więc musiała ją jakoś dozować), i ciągnęła dalej:

 

– A może pan by mi dołożył? Parę groszy do Fausta. Bo niech pan spojrzy. – Wyjęła zza pazuchy poważnie nadwątlony egzemplarz książki. Z resztek okładki dało się wyczytać, że to Goethe i jakieś jego dzieło na „f”. – Bo mi się spalił i bym bardzo chciała odzyskać. Byłam w księgarni, ale kosztuje aż osiemdziesiąt. To cztery obiady. Nie dołożyłby mi pan?

 

Milczenie.

 

– Ja wiem, mogłabym pożyczyć i pewnie zapyta pan, po co mi książka, skoro nie mam na chleb. Ja nie mam nic, ani domu, ani mojej pięknej biblioteki, ani nikogo. – Ostatnie słowa wypowiedziała bardzo szybko i z przydechem, jakby się nimi dławiąc. – Bo mi się wszystko spaliło. Ledwo walizkę ciuchów zabrałam i resztki Fausta. Bo wie pan, mogłabym pożyczyć, pomyśli pan, ale od kogo? Cudem przy bibliotece na Rajskiej są takie budki i tam ludzie zostawiają książki, żeby się nimi wymieniać. O, zobaczy pan. – Wyjęła kieszonkowe wydanie kilku opowiadań Iwaszkiewicza. – Młodość mi się przypomina, jak byłam w pana wieku, może trochę młodsza, i pisałam o Iwaszkiewiczu. Nie o prozie, o wierszach. Moją pracę magisterską. Bo wie pan, kiedyś byłam polonistką w liceum daleko stąd, w małej mieścinie. A w pisarstwie Iwaszkiewicza się zakochałam i w romantykach. Szkoda, że Iwaszkiewicza nie czyta się już w szkołach.

 

On milczał. Nadzwyczaj konsekwentnie, wbrew swojej naturalnej skłonności do rozmów, nawet przypadkowych, z nieznajomymi. Czuł tylko, jak mimowolnie coraz mocniej zaciskają się mu szczęki, jak zęby trą o siebie, bynajmniej nie z nienawiści czy zniecierpliwienia. Choć nie wiedział dlaczego.

 

– Dołoży mi pan choć parę groszy? Bo dom mi się spalił. Moje kochane córki nic nie wiedzą. Nie było jak im dać znać. I po co im zawracać głowę, proszę pana? U nich wszystko dobrze. Pracują w Londynie, w Brukseli. No wie pan, obie skończyły doskonałe uczelnie zagraniczne. Nie ma co im zawracać głowy takimi bzdurami, prawda? Niech spokojnie sobie pracują. Usiądzie pan ze mną na chwilę? Ma pan jeszcze czas?

 

– W zasadzie tak, mam chwilę – cedził każde słowo, przełykając ślinę.

 

– Pan wyjeżdża? Chyba na dłużej, bo ma pan dużą walizkę, tak?

 

– Tak, na razie mam dość tego miejsca.

 

– Ma pan na myśli Kraków?

 

– Kraków i chyba każde inne miasto. Wracam na prowincję, skąd pochodzę, do ciszy.

 

– Ja to już nie chcę nigdzie wyjeżdżać. Uciekłam z tej naszej prowincji i nie wrócę. Nie ma pan pojęcia, jak niewdzięczni potrafią być tam ludzie. Chciałam zająć się polityką, żeby im pomagać, robić coś dla nich, ale oni wszyscy, nie wliczając kilkudziesięciu osób, zlekceważyli mnie. Zapragnęłam, bardzo zapragnęłam uciec stamtąd i udało mi się, ale spłonął prawie cały Faust. Miałby pan parę groszy?

 

Długo przeszukiwał kieszenie, bo w portfelu znalazł tylko parę złotych. W kurtce miał jeszcze dziesięć. Dał jej wszystko. Na twarzy kobiety pojawił się uśmiech podszyty nadzieją. Szybko wyjęła wszystko, co wcześniej uzbierała, i przeliczyła.

 

– Ha! Ha! Może uda mi się jeszcze sprzedać ze dwa bukiety z liści i w poniedziałek pójdę po Fausta! Bardzo panu dziękuję!

 

Charakterystyczny śmiech odsłonił wreszcie jej imię. Spod maski przeoranej bruzdami starości oczom mężczyzny ukazała się jego polonistka. Jeszcze mocniej zacisnął zęby, aż poczuł przeszywający ból. Nie dał po sobie poznać, że ją rozpoznał. Zastanawiał się tylko nad tym, czy ona go pamięta.

 

– Byłby pan jeszcze tak dobry i oddałby mi pan ten suchy bukiet? – Belferka wskazała na coraz bardziej rozmokniętą liściastą kompozycję.

 

– Już niezupełnie suchy, ale proszę bardzo.

 

Chciał się jeszcze przyjrzeć jej twarzy, ale przecież deszcz uczepił się zamglonego miasta i znowu zaczął rzęsiście padać.

 

– Muszę już iść, za pół godziny mam pociąg.

 

Nie czekał na pożegnanie. Dotarło do niego jedynie dobrze mu znane „powodzenia”, które słyszał wiele razy jeszcze w liceum i później, w rozmowach telefonicznych czy w altanie, w jej ogrodzie. Zaglądał do niej czasami. Zawsze, gdy był w okolicy.

 

 

*******

 

W dusznym wnętrzu wagonu przypomniał sobie ostatnią rozmowę z Profesorką. Rozmowę niezbyt miłą. Teraz, gdy myślał o tym, wydawało mu się, że rozumie, czemu stało się tak, a nie inaczej. W głowie huczało mu od słów:

 

„Przecież w tej naszej małej społeczności każdy, kogo można nazwać inteligentem, jest osamotniony. Ja też będę, gdy tam wrócę, a to już niedługo. Fakt, nie powinna obrażać się na mnie, że nie miałem wtedy czasu, żeby jeździć po wsiach, chodzić od domu do domu i prowadzić jej kampanię wyborczą. Z drugiej strony przecież człowiek liczy na podobnych sobie, na tych, o których myśli, że go zrozumieją. Nie wiem, czemu się temu dziwię. Zostałem zwymyślany, to też fakt. Sam może inaczej bym się zachował. Szkoda mi jej, tak po ludzku. Nie znoszę jednak, gdy ktoś wypomina mi cokolwiek. Ona też mogła mnie zrozumieć, a przynajmniej postarać się zrozumieć, że naprawdę nie miałem wtedy czasu, a sama podróż pochłonęłaby go sporo. Ale co człowiek ma cenniejszego niż czas, który może poświęcić innym? I teraz będę myślał pewnie, czy jeszcze mogę to jakoś naprawić?”.

 

– Przepraszam, kontrola biletów – Drobniutka konduktorka delikatnie dotknęła go w ramię.

 

Wzdrygnąwszy się, nerwowo pogrzebał w telefonie w poszukiwaniu odpowiedniego pliku. Okazał dokument, a gdy kobieta poszła dalej, znowu włożył słuchawki do uszu i wrócił do muzyki. Pozbył się przekonania o swojej wyjątkowości. W jego miejsce pojawiło się tylko przeświadczenie, że na próżno chciał zbawiać świat, bo finalnie zabrakło mu czasu.

 

Tymczasem Profesorka szukała zacisznego miejsca w okolicy Plant, przyciskając książki schowane pod kurtką. Umościła sobie legowisko na ławeczce przy okrąglaku. Tam deszcz nie sięga i jest w miarę spokojnie. Może nikt jej nie przegoni? Może jutro nie będzie padać i dozbiera pieniędzy na nowego Fausta? Może córki niedługo przyjadą i uda się im spotkać? Bełkot możliwości zastąpił jej wieczorną lekturę do poduszki. Przy mdłym świetle lamp ulicznych nie była już w stanie czytać. Zdawała sobie sprawę, że wzrok już nie ten. Wszystko było kwestią wyboru – tego nauczyło ją długie życie, z którym ani myślała się jeszcze rozstawać. Jutro też jest przecież dzień. Jeszcze poczyta. Znowu wybrała to, co wydawało się jej najlepsze. Nie zawsze miała rację, ale trudno. Zaryzykowała, jak zwykle.

 

On sięgnął do plecaka napchanego książkami. Chciał poczytać, nie mógł się skupić na analizie symfonii. Za kilka dni będzie prowadził serię warsztatowych zajęć dla studentów polonistyki. Ma omawiać twórczość Iwaszkiewicza. Tak zdecydował, bo miłość do autora Panien z Wilka nosił od czasów liceum, gdy obudziła ją w nim Profesorka. Tę twórczość uważał za najlepszą na takie zajęcia, dzięki niej rozkochał się w literaturze.

 

Zczytana książka z połamanym grzbietem otworzyła się w dobrze mu znanym miejscu.

 

Tatarskie ziele ma dwa zapachy. Jeżeli się potrze w palcach zieloną jego wstążkę, miejscami przymarszczoną, poczuje się zapach, łagodną woń „wierzbami ocienionej wody”, jak mówi Słowacki, trochę tylko zatrącającą wschodnim nardem. Ale kiedy się takie pasmo tataraku rozetrze, kiedy się włoży nos w bruzdę, wyłożoną jakby watą, czuje się obok kadzidlanej woni zapach błotnistego iłu, gnijących rybich łusek, po prostu błota.

 

W nosie czuł natomiast nie tatarskie ziele, a przegniłe jesienne liście i spaleniznę przeciskającą się przez grubą kurtkę Profesorki. W szyby pociągu uderzał mocny deszcz. W Krakowie pewnie też pada, pomyślał.

 

zamów czas literatury

Prenumerata to cztery spotkania z literaturą w roku — bez kolejek, bez kosztów wysyłki, prosto do Twojej skrzynki. Płacisz 40 zł, zyskujesz wygodę i pewność, że nic Ci nie umknie.

Prenumerata

tu nas znajdziesz: