Akt urodzenia
1918, USA. Chłopcy wykrwawiają się na frontach Wielkiej Wojny, kobiety domagają się praw wyborczych, Kongres szykuje się do wprowadzenia prohibicji, a Karolina Północna rośnie w siłę jako bawełniana i tytoniowa potęga. Właśnie tutaj, 15 lutego, rodzisz się. Jesteś 4. dzieckiem T. Oscara Johnstona („Ojciec; Kolor skóry: Biały; Wiek w latach pełnych: 36”) i Corinny Hoover („Matka; Kolor skóry: Biały; Wiek w latach pełnych: 38”). Zostaje Ci nadane imię – Aubrey – które przez lata będzie przekręcane, zastępowane eufemizmami albo zupełnie wymazywane. Ale teraz, Aubreyu Hayesie Johnston, nie ma powodu, by ukrywać Twoje istnienie. Jesteś, tylko i aż, synem swoich rodziców i bratem swoich sióstr. W Twoim akcie urodzenia zostaje więc zapisane: „Niniejszym oświadczam, że byłem obecny przy narodzinach tego dziecka, które urodziło się żywe […]”.
Część 1 1941–1956
Księga gości
Nie wiadomo, dlaczego i jak tam trafiasz, ale w latach ’40. mieszkasz już w New Yorku – „mieście, które nigdy nie śpi”, a które teraz ma jeszcze jeden powód do bezsenności: kolejną wojnę. Z portów co chwila odchodzą statki z zaopatrzeniem, a przybijają do nich te pełne przerażonych Europejczyków, szukających w Twojej ojczyźnie spokoju i bezpieczeństwa. Jednym z nich jest on – Jan. U siebie, w Polsce – wybitny poeta i bywalec salonów, tutaj – jeszcze jeden nikt. Oczywiście, nadal chce czuć się ważny, ale nie zamierza się asymilować czy jakoś przesadnie angażować w naukę angielskiego – po prostu czeka, aż będzie można wrócić do kraju, i w międzyczasie trzyma się tylko ze „swoimi”.
Mimo to poznajecie się. Po latach napisze, że w ’41.1, ale najwcześniejszym śladem, który zostawiasz w jego życiu, a który przetrwa, jest wpis w jego księdze gości w styczniu ’442. Bez dokładnej daty, bez komentarza – tylko nagryzmolone szerokim, lewoskośnym pismem pierwsze imię i nazwisko. Pośród jego krajanów i krajanek – Iren, Zygmuntów, Janin, Aleksandrów i Sław – jesteś jedynym Amerykaninem. Ale kilka miesięcy później, na kolejnej karcie, pod podpisem dodajesz: „[…] »z polskich salonów na nowojorskie wybrzeża”3, a w następnym roku, w sylwestra, spolszczasz sobie nazwisko do „Johnstonski”4. Należysz do nich. Należysz do niego.
Fotografia
Jakoś w tych czasach bierze Cię ze sobą na przyjęcie do newyorskiej ambasady RP, na którym ktoś robi Wam zdjęcie: siedzicie przy zastawionym stoliku z niedbale narzuconym obrusem; Ty – dziarski blondwłosy country boy* pod krawatem, on – zmęczony łysiejący pan po czterdziestce, w za luźnej marynarce i okularach korekcyjnych. Wyglądacie jak ojciec i syn, którzy wybrali się do restauracji uczcić magisterkę tego drugiego – obaj uśmiechacie się do obiektywu, a Ty trzymasz kieliszek, jakbyś miał wznieść toast5. Musi mieć niezły tupet, że Cię tu przyprowadził. Albo nie zdaje sobie jeszcze sprawy z możliwych konsekwencji i myśli, że wolno mu przed samym sobą udawać, że New York to Warszawa, gdzie z chłopakami, których kochał, mógł pokazywać się bezkarnie6. Między Wami siedzi młoda brunetka w czarnym żakiecie – Janina7, jego przyjaciółka, z którą często się spotykacie. To Wasze jedyne wspólne zdjęcie.
Ludzi bliskich mu tak jak Janina jest przynajmniej kilkanaścioro. On wprasza się do nich z Tobą na obiady, przyjęcia, bywa, że noclegi – chociaż tam możecie czuć się jakkolwiek swobodnie. W stwarzaniu Wam warunków do istnienia przodują Kazimierz8, jego współpoeta i współemigrant, „brat z wyboru”9, wtajemniczony w Wasze sprawy jak nikt, i jego żona – Halina. Kiedy Jan uskarża im się w listach, że Ty, „[…] ten biedny Amerykanin, niemający nikogo na świecie poza biednym starym Polakiem […]”10, wciąż chodzisz przygnębiony, a on, sam wiecznie wyczerpany i na skraju psychicznej wytrzymałości, nie potrafi nic na to poradzić, Kazimierz odpisuje po prostu: „[…] przyjeżdżajcie, kiedy Wam wygodnie, you will be very welcome – both of you11**, tylko daj znać wprzódy, by przygotować dom”12.
Mieszkają w Sag Harbor – malutkiej rybackiej wsi na Long Island, szczęśliwie na tyle blisko miasta, żeby można było do nich szybko dojechać, ale na tyle in the middle of nowhere***, żeby można było odpocząć od życia w New Yorku. Przez Wasze wszystkie wspólne lata odwiedzacie ich często, chociaż nie tak często, jak byście chcieli i potrzebowali – Kazimierz i Halina biedują jak on i żeby ten swój dom utrzymać, muszą raz na jakiś czas podnajmować wolne miejsca do spania; wtedy o gościnie nie ma mowy. Robią, co mogą, a że jedyne, co mogą, to zaprosić Was kilka razy do roku – cóż. W pozostałych wypadkach muszą wystarczyć Wam wspólne wyjścia na miasto, no i hotele – ale nie za drogie, i dyskretne.
Dużo podróżujesz. Najpierw tylko po Ameryce, kiedy wpadasz na kilka dni do rodziny albo zwiedzasz stany, które nie są New Yorkiem. Potem, na początku lat 50., objeżdżasz Europę. Wszystko to oczywiście sam – on, jeśli opuszcza New York, to przeważnie w sprawach zawodowych, a o zagranicy bez obywatelstwa w ogóle nie ma mowy. Tęskni, ale rozumie Cię doskonale – sam, gdy był w Twoim wieku, wyjechał do Paryża, i to nie na kilka tygodni czy miesięcy, ale na lata – czuje zatem, że, jakkolwiek chciałby być wtedy z Tobą, nie może Cię powstrzymywać przed podróżami na Stary Kontynent.
Gdy długo się nie widzicie, wysyłasz mu pocztówki, telegramy i listy. Opisujesz miejsca, które zwiedzasz, i pogodę; narzekasz na pracę, niedobór pieniędzy i własne zdrowie psychiczne; dziękujesz za listy od niego i przepraszasz, że długo nie odpisywałeś; dajesz znać, kiedy zadzwonisz albo kiedy wrócisz; piszesz, co ostatnio oglądałeś (The Red Shoes) albo czytałeś (The Image and the Search) i jak Ci się podobało (bardzo!); wyznajesz, że Ty i Twoi krewni nie macie wspólnych zainteresowań; chwalisz urodę męża swojej siostrzenicy14. Gdzieś, między tym wszystkim, jakieś: „To tutaj powinniśmy spędzić emeryturę!”15, „Dbaj o siebie […]”16, „[…] wracaj szybko do domu – będzie mi bardzo miło Cię zobaczyć”17, „Ściskam – A.J.”18.
Jego listy do Ciebie pozostaną nieodnalezione – zachowa się tylko 6 niedatowanych i niewysłanych notatek na brudno. Z tej plątaniny skreśleń, błędów i nieczytelnych wyrazów da się odtworzyć ledwie kilka sensownych akapitów.
„Mój drogi Aubreyu, Dziękuję za Twe miłe listy, kartkę, a zwłaszcza za rozmowy telefoniczne, wybacz mi, proszę, moje głupie postępowanie, gdy zadzwoniłeś do mnie z Nowego Orleanu. Okropnie chciało mi się spać, a próba powiedzenia Tobie zbyt wielu rzeczy naraz skończyła się tym, co zawsze dzieje się, gdy chcemy być idealni – »lepsze jest wrogiem »dobrego« mój drogi chłopcze. Cieszę się bardzo Twym szczęściem i mam nadzieję, że będziesz zawsze wspominać tę podróż jako błogosławieństwo dla Ciebie, dla Twej filozofii i Twego zdrowia. Twoją, pierwszą i najważniejszą potrzebą to jak od zawsze, optymizmu. Mam pewność, że wrócisz do Nowego Jorku bardziej optymistycznym, wiedząc lepiej, jak piękny jest świat i, że nasze życie jest maleńką częścią bardzo istotnej i bardzo poważnej sprawy. Mimo, to muszę wyznać, że czuję się bardzo zło samotnie. Wiem doskonale, że całkiem niemożliwym było pojechać razem, ale także wiem, że naprawdę istotą prawdziwej przyjaźni jest być zawsze razem, dzielić dobre i złe chwile, wymieniać wrażenia i opinie, czerpać przyjemność nie tylko z dyskusji, ale nawed ze sprzeczek. Po czterech latach naszej przyjaźni bardziej niż w jakimkolwiek czasie wcześniej potrzebuję wiedzieć każdego ranka, że mogę zobaczyć Cię wieczorem albo, że mogę powiedzieć Tobie coś bardzo nieważnego, ale bardzo przyjaznego przez telefon. Zdaję sobie sprawę zwłaszcza z tego, jak miłym mogłoby być razem w Nowym Orleanie. Łatwo wyobrażam sobie, jak czarujące musi być to miasto i podobają mi się bez patrzenia jego ulice i domy. […] Mam nadzieję, mój drogi chłopcze, zobaczyć Cię wkrótce i otrzymywać od Cię zawsze dobre wieści”19.
„Mój drogi Aubreyu, kilka dni na łóżku za mną nic poważnego po prostu mała, ale bardzo uciążliwa grypa. Niemniej moim próbom, by, jednak do Cię napisać, każdego ranka zaczynanie z daty i nazwy »Sea Cliff«, to było niemal wszystkie, na jakie było mnie stać. Wybacz mi, proszę, mój drogi Aubreyu i wierz mi, że prawdziwie jest mi bardzo przykro, ponieważ pozwalam Tobie tęsknić mojej odpowiedzi. Prawdziwie poruszyły mnie Twe tak ludzkie listy i czuję do Ciebie głęboką wdźenczność. Cztery lat naszej przyjaźni, to także czas mojego, zawsze i z nieporuszoną nadzieją oczekiwania dnia, podczas kiedy powiesz do mnie, że jest życie cudowne i podczas czytania Twego pięknego listu towarzyszyła mi niemalże duma i poczucie się, że poważnie mi odwdzięczasz tej odrobiny pomocy, której mogę Tobie okazać w te wszystkie złe chwile tam tych lat. Jeśli mówię »złe chwile« mam na myśli tylko te chwile mojego niepokoju, o Twej przyszłości, obawiając za rezultaty Twojego pesymizmu i szukaniu, co może Cię uleczyć i pokazać Tobie, broń Boże, [wyraz nieczytelny] optymistyczne, ale uczciwe, realne życia oblicze.
[…] Wiem po własnym doświadczeniu, że najgorszym, który może nam się przydarzyć, jest poczucie, że jesteśmy, chwili, miejsca, okoliczności, więźniami. Moim, zawsze, pragnieniem było dać Tobie szansę, byś był wolny, pokazać Tobie miasta bardziej poetyckie niż Nowy Jork, krajobraz bardziej romantyczny niż Long Island. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że jesteś znieczulony albo, najgorzej, złą osobą. Od zawsze wiem, że masz wielu powodów, by być zdenerwowanym, niepewnym siebie i wielkie nieszczęście było czuć, że boisz pokazać Swoich uczuć, bo boisz się rosczarowania ale wiedząc, jak dumny i [wyraz nieczytelny] jesteś, wiem tak, że zawsze, że jesteś prawdziwie ludzką osobą, że odczuwasz głeboko i chcę powiedzieć o, którym nigdy wcześniej nie powiedzieliśmy że przez najgorszych dni tam tych lat, kiedy mieszkałeś w hoteliku dotarło do mnie, jak głęboko ludzki jesteś, jaki jest realny Twój charakter. Nigdy nie było we mnie przekonanie, że powinieneś być doskonały, ale zawsze – nadzieja, że będziesz bardziej i bardziej ludzki. I sądzę teraz, że jesteś, bardziej i bardziej, ludzki mój drogi Aubreyu i to jest, wierz mi, najbardziej dobry i [wyraz nieczytelny] sposób, by stać się szczęśliwy. Ciesz się Swym pobytem w Kalifornii. Bardzo miło mi słyszeć, że próbujesz zobaczyć wszystkiego, którego możesz [fragment nieczytelny] ze wszystkich okoliczności, by być wypoczętym, mieć miłe towarzystwo. Podczas szarych dni Nowego Jorku to zapamiętane na pewno pomoże Tobie lubić nawet Nowy Jork, znaleźć przyjemność w jego klimacie i jego życiu zdenerwowanym. Ponieważ [wyraz nieczytelny], [wyraz nieczytelny] drogi Aubreyu, myślę, że dom nie nigdy będzie zbyt męczący, zbyd smutny dla Cię a przygotowując mój podróż […] zaczynam już marzyć, o powrót – wszędzie dobrze, ale w do dom najlepiej.
Zawsze z Tobą
Jan.
Nie masz pojęcia, co to za smutna sprawa życie tego chłopca. Jak pójdziesz na sztukę “Member of the Wedding”, to zrozumiesz tę amerykańską tragedię23.
Jan o Tobie w liście do Kazimierza z 29 maja 1950
Frankie ma 12 lat i nienawidzi siebie. Jest przerośniętą chłopczycą, która całe dnie spędza samotnie, włócząc się po mieście, rzucając nożami i pisząc sztuki, a jeśli już z kimś rozmawia, to tylko ze swoją czarną służącą Berenice i drobnym piegowatym chłopcem z sąsiedztwa, Johnem Henrym; ale nie należy do niczego i nikogo, nie należy nawet do samej siebie. Wypowiada życzenia: „Chciałabym mieć sto dolarów i po prostu ulotnić się i nigdy więcej nie oglądać tego miasta”, „Chciałabym, żeby mnie już tu nie było”, „Chciałabym być kimś innym, nie sobą”. Berenice mówi jej: „Wszyscy jesteśmy jakoś spętani. Urodziliśmy się tacy albo siacy i nie wiemy dlaczego. […] I może byśmy chcieli się rozszerzyć, rozpętać. Ale wszystko jedno, co byśmy robili, ciągle jesteśmy spętani”, i dodaje: „Ja jestem przytrzaśnięta gorzej niż ty. […] Bo jestem czarna. […] Bo jestem kolorowa. Każdy jest tak czy inaczej spętany. Ale na wszystkich kolorowych ludzi to już nałożyli całkiem specjalne pęta”.
Frankie wie, że Berenice ma rację – wspomina, jak zeszłej jesieni poszła do Wesołego Miasteczka na kiermasz, którego częścią był Dom Dziwolągów. Płaciło się ćwierć dolara za wejście i można było oglądać zamkniętych w kabinach: „olbrzyma”, „grubą panią”, „liliputa”, „dziewczynkę z główką jak szpilka”, „chłopca-aligatora”, „pół-mężczyznę, pół-kobietę” – i „dzikiego Murzyna”. Obejrzała wszystkich, chociaż ze strachem, bo zdawało jej się, że ich spojrzenia mówią: „my cię znamy”, zupełnie jak spojrzenia więźniów, gdy snuła się pod murami zakładu karnego – bo Frankie wie, że jest nie tylko dziwaczna, ale także, a może przede wszystkim, zła. Berenice mówi jej raz: „Jesteś za podła, żeby żyć”, i Frankie znów rozumie, że ma rację. Jest przestępczynią; gdyby wiedziano o niej wszystko, dawno już trafiłaby przed sąd i poszłaby siedzieć.
Wciąż się boi. Jedyny moment, w którym zapomina o lęku, to chwila, gdy zaprasza Johna Henry’ego do siebie na noc, kiedy śpią razem w łóżku, a ona dotyka jego ciała i czuje, że w ciemności nie jest sama. Ale Frankie nie wierzy w miłość, nawet gdyby miała to być miłość tak dziwaczna jak ona.
Kiedy Berenice opowiada jej o takiej dziwnej miłości, Frankie tylko słucha w milczeniu – o chłopcach kochających brzydkie dziewczęta, o kobietach kochających „istnych diabłów” i wreszcie o chłopcach kochających innych chłopców, przy czym tego ostatniego nawet nie przyjmuje do wiadomości. A jednak Berenice idzie w zaparte: „Powinnaś zacząć myśleć o tym, żeby mieć adoratora”, a gdy dziewczynka nie rozumie, wyjaśnia: „Ładnego białego chłopczyka […] w twoim wieku”. Ale Frankie nie chce żadnego adoratora – nie wie nawet, co miałaby z nim robić. Jedyne, czego Frankie chce, to zamieszkać ze swoim bratem Jarvisem i jego narzeczoną Janice, gdy ci zostaną małżeństwem. Do nich chce należeć. Wie o tym, odkąd Jarvis i Janice wspólnie przestąpili próg jej domu – od tej chwili cały czas myśli i mówi tylko o nich. Zaczyna nawet nazywać siebie F. Jasmine, żeby jej imię, jak imiona brata i jego narzeczonej, także zaczynało się od „Ja”. Tuż po weselu chce wyjechać z nimi i już nigdy nie oglądać tego miasta, więźniów, dziwolągów, własnego domu i dawnej siebie.
30 marca 1956:
„Jutro Aubrey wyjeżdża na parę miesięcy do Europy. Bardzo będzie źle stwierdzać co dzień, że go nie ma, i już dzisiaj mi go brak. Jutro trzeba iść na statek, co mnie na pewno rozwali. Nikt nie lubi pożegnań, ale dla mnie to zawsze bardzo ciężka próba. Trzymaj się, […]!”24.
31 marca 1956:
„Rano na statku w nieprawdopodobnym […] tłoku. Nie sposób było się pożegnać jak należy. […] Przez cały dzień smutek i dręcząca świadomość, że czeka mnie parę obrzydliwych, samotnych miesięcy”25.
„D. Janie: – Dotarliśmy tu w piątek po siedmiu okropnych dniach na Północnym Atlantyku – czy raczej tak naprawdę pięciu – mieliśmy 2 piękne, pogodne dni + pięć dni kołysania i deszczu – ta podróż to było nic innego jak jedna wielka nuda + z pewnością nie odprężająca. Lista pasażerów była złożona w większości z Irlandczyków + Niemców – wszystkich w 60 albo poniżej 10 roku życia – gorzej być nie mogło! Niemniej, Londyn + okolica między nim + Southampton bardzo mile mnie zaskoczyły – wieś jest piękna, miasto jest [wyraz nieczytelny] + pogoda jest okropna! Meri Whitaker przyjeżdża jutro i wracamy z nią do Paryża […] – napiszę do Ciebie stamtąd, a w międzyczasie – dbaj o siebie i nie szalej!
Ściskam
A”26.
8 dni po Twoim wyjeździe:
„Tak źle, że, zdaje się, nie może być gorzej. Jak pisał Cocteau o Marie Bell w roli Fedry, że nie wie, gdzie podziać duszę –tak i ja nie wiem. I z ciałem też nie lepiej: ani siedzieć, ani leżeć, ani stać. Czego tylko myśl się czepi, wszędzie coś, o czym nie chce się myśleć. Modlę się, żebym zrozumiał, co robić, jak sobie dać radę”27.
„DOTARLIŚMY BEZPIECZNIE Z LONDYNU DO PARYŻA
[…] LIST W DRODZE
ŚCISKAM
AUDREY”28.
13 dni po Twoim wyjeździe:
„Piątek trzynastego. Bardzo, bardzo zły dzień, ale czwartek dwunastego, środa jedenastego – nie były lepsze”29.
14 dni po Twoim wyjeździe:
„Bardzo ciężko. Tak ciężko, że czuję się bohaterem tragicznym, twarz w twarz z losem, i dziwię się sobie, że to jestem ja i że nie łamię rąk […]”30.
15 dni po Twoim wyjeździe:
„Noc bezsenna, dzień koszmarny – gdyby nie opieka Gabrieli, nie wiem, jak bym go wytrzymał”31.
„D. Janie: – Wybacz tyle czasu bez żadnego listu do Ciebie – ale między podróżowaniem + zwiedzaniem było tyle zajęć! Cieszę się podróżą w pełni (jak na razie). Muszę jednak powiedzieć, że wolę Londyn od Paryża – Paryż jest piękniejszy; właściwie Londyn jako miasto jest brzydki, ale ludzie są czarujący i uprzejmi, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Być może są nieszczerzy, ale jednak wywiera to dobre wrażenie na turyście. Paryż jest przyjemny dla oka, ale straszliwie komercyjny – zwłaszcza dla Amerykanów. Oni oszukują nawet siebie nawzajem. Moje ogólne wrażenie jest takie, że pod atrakcyjną powierzchnią kryje się nieuczciwość i prostactwo. Przykro mi, jeśli Cię rozczarowuję, ale Paryż jest zdecydowanie nie dla mnie! Wyjeżdżam z Paryża dziś wieczorem Błękitnym Pociągiem do Nicei – potem do Włoch i aż do Rzymu – z Włoch z powrotem do Paryża, a potem do domu. Napiszę do Ciebie z Włoch, a w międzyczasie – dbaj o siebie.
Ściskam
AJ”32.
22 dni po Twoim wyjeździe:
„Dzisiaj 1 maja i zimno, i gałązka konwalii – 2.50. I nic nie pisałem”34.
33 dni po Twoim wyjeździe:
„To, co wczoraj, to, co tydzień i dwa tygodnie temu. Tylko już tak jestem zmęczony, żem prawie nie cierpiał”35.
„D. Janie: –
Włochy, kocham – Rzym, ubóstwiam, a Capri jest czarujące! Nie ma miejsca, które byłoby przyjemniejsze do życia, to pewne, niż Rzym, a Capri jest absolutnie urocze, zwłaszcza teraz, gdy jest mało turystów.
Magia, która miała być w Paryżu, jak dla mnie nie istniała, ale moment, kiedy przekroczyliśmy włoską granicę, był jak wejście do innego świata. Ludzie są serdeczni, uroczy i życzliwi i wydaje się, że ta serdeczność leży w ich naturze – być może są zorientowani na zysk – w jakimś stopniu na pewno – ale przynajmniej wydaje się pieniądze chętnie i czuje się, że było warto. We Francji wydaje się pieniądze na ślepo (pod przymusem) i po nic. Włosi przynajmniej dają urok za Twoje pieniądze – Francuzi nie dają nic. Klimat zarówno w Rzymie + na Capri jest niebiański i czuję się cudownie. Londyn, ale też Francja, męczyły mnie bardziej niż Nowy Jork. Wybacz mi, że tak krytykuję Francję, ale bardzo mi się nie podobała, a Włochy urzekły mnie tak, że kontrast jest nieporównywalny.
Co w Nowym Jorku i co u Ciebie?! Mam nadzieję, że dużo zdrowia i nie za wiele nieszczęścia – z pewnością jedno lato tu, na Capri, pomogłoby na wszystkie Twoje dolegliwości – niewątpliwie pomogłoby na moje. Och, pieniądze! – tak by się przydały dolary. Zajrzeliśmy dziś do Lazurowej Groty, czy zdarzyło Ci się być w środku – jest niesamowita! Nigdy tak naprawdę nie przekonywała mnie ta propaganda o jej błękicie – ale teraz wiem. Poza tym jazda do Zamku Tyberiusza dziś rano na ośle – bardzo interesujący (poza tym mon guide****). Dbaj o siebie i widzimy się wkrótce.
Ściskam – AJ”36.
48 dni po Twoim wyjeździe:
„Dzień przełażony i zmarnowany. Smutek, zmęczenie. Bardzo niedobrze”37.
55 dni po Twoim wyjeździe:
„Dzisiaj takie zmartwienie, że ani tego znieść, ani zrozumieć, ani wyrazić. Chodzę, jakby nic się nie stało, i chwilami łapię się na złudzeniu, że wszystko jest po dawnemu. A nic nie jest – i wszystko jest inne […]. Boże! Boże! Zmiłuj się nade mną”38.
56 dni po Twoim wyjeździe:
„Ciągle ten sam smutek na samym dnie i tylko można udawać (coraz gorzej), że jest inaczej”39.
58 dni po Twoim wyjeździe:
„Nic nowego. Słup twardego smutku we mnie. I ledwo że mogę iść między ludzi, tak mnie boli uśmiechać się i mówić, co trzeba powiedzieć – gdy chciałoby się zawołać o tym, co jest teraz we mnie”40.
60 dni po Twoim wyjeździe:
„Można zawsze znaleźć w swej inteligencji, woli, sercu coś, co pomoże nam w walce z życiem, z ludźmi. Ale na walkę z sobą – jest tylko modlitwa”41.
70 dni po Twoim wyjeździe, „New York Times”, s. 40 [/42]:
„Jan Lechoń […], 57-letni polski poeta na uchodźstwie, zginął wczoraj wieczorem, spadając z dachu Hotelu Henry Hudson przy Zachodniej Pięćdziesiątej Siódmej Ulicy 351. Upadł na tylny dziedziniec hotelu i został uznany za zmarłego o 14:00. Policja powiedziała, że nie wie, czy skoczył, czy spadł. […], były attaché kulturalny Polskiej Ambasady w Paryżu, przybył do naszego kraju z Brazylii w 1941. Razem z innym poetą, K. […], założył polskojęzyczny tygodnik w naszym mieście poświęcony sprawom literackim i politycznym. Ostatnio pracował dla Radia Wolna Europa, uczestnicząc w audycjach nadawanych do jego ojczyzny, […] zyskał reputację jako poeta w swojej ojczyźnie, gdy miał 18 lat. Pisał krótkie wiersze klasyczne, zwykle o polskiej historii. Mieszkał w pokoju przy Wschodniej Osiemdziesiątej Drugiej Ulicy 505. Przyjaciele powiedzieli, że cierpiał na głęboką depresję”42.
„D. Janie: –
Jestem z powrotem w Paryżu i z jakiegoś dziwnego powodu to miasto podoba mi się znacznie bardziej niż wcześniej – myślę, że to być może dlatego, że teraz jestem w pojedynkę. Wcześniej była tu Mary i Boyce i ja cały czas polegaliśmy na niej. Teraz mam do dyspozycji tylko siebie i uważam to za dużo bardziej interesujące – praktycznie każdy mówi trochę po angielsku, a jeśli nie, potrafię się jakoś wysłowić po francusku. Nie marzy mi się mieszkanie w Paryżu – na pewno nie – ale podoba mi się on znacznie bardziej niż wcześniej. Zakładam, że, po jakimś czasie, można nauczyć się kochać Paryż – tak jak wszyscy inni.
Podróż jest naprawdę cudowna i czuję się dużo lepiej – zarówno psychicznie, jak i fizycznie – zmiana okazjonalnie jest dla mnie absolutnie konieczna i myślę, że dla każdego (łącznie z Tobą). Podróżowanie to z pewnością nauka sama w sobie i myślę, że każdy Amerykanin powinien przyjechać do Europy przynajmniej raz. Tutaj zrozumieliby, jakie tak naprawdę mają szczęście.
Boyce odpłynął dzisiaj […]. Ja zostaję jeszcze 3 tygodnie […]. Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie w porządku i czujesz się świetnie, ale jeśli tak, dlaczego nie piszesz? W [wyraz nieczytelny] Travel Service – vv Rue Caumartin – nie ma żadnego listu. Czy nie pamiętasz już, jak się pisze? Daj mi znać, co u Ciebie słychać i dbaj o siebie –
Ściskam
A”43.
Nic nie wiesz. Omija Cię pogrzeb. Omija Cię podział majątku. Zanim wrócisz do New Yorku, piszesz do niego jeszcze przez prawie 3 miesiące.
Zgadzasz się. Oczywiście, że tak. Ale noc przed tą rozmową spędzasz, przewracając się w dusznej, zapoconej pościeli, balansując na granicy jawy i snu, tracąc równowagę, spadając, budząc się zupełnie, i tak w kółko. Nie żałujesz decyzji. Wiesz, że tak trzeba. Ale nie możesz spać. Zasypiasz dopiero nad ranem, ale to tym gorzej, bo śni Ci się on. Balansujący na parapecie, tracący równowagę, spadający. Po tym już nie chcesz snu – wstajesz wcześniej i bierzesz się do roboty, jakiejkolwiek, byle zająć czymś głowę. Przerywasz dopiero, gdy słyszysz dzwonek do drzwi. Wiesz, że już nie ma odwrotu, musisz to jakoś przetrzymać – otwierasz, przedstawiacie się sobie, prowadzisz ją do salonu i zaczynacie.
„Kiedy, gdzie i jak się panowie poznali?”, „Gdzie i jak często się panowie spotykali?”, „Czy wiedział pan, po co wynajmował dodatkowy apartament przy 67 ulicy?”, „Być może to naiwne, ale czy kiedykolwiek mieszkali panowie razem?”, „Czy, jak sugerowali jego przyjaciele, był pan od niego zależny finansowo?”, „Czy wiedział pan, jak źle było z jego zdrowiem?”, „Dlaczego po jego śmierci nikt z jego znajomych się z panem nie skontaktował?” – jej pytania, mimo że minęło tyle czasu i, przynajmniej w New Yorku, już nic Ci nie grozi, przywodzą Ci na myśl przesłuchanie. Ale już nie o to chodzi – po prostu w wieku 80 lat nie spodziewałeś się, że to do Ciebie jeszcze wróci – że wróci naprawdę, nie jako sen czy wspomnienie.
Starasz się być spokojny, mówisz i mówisz, aż nagle głos zaczyna Ci się rwać – czujesz, że zaraz się rozpłaczesz. Milkniesz. Przepraszasz, zamykasz oczy, bierzesz głęboki wdech i zaciskasz ręce na powycieranych podłokietnikach fotela – ręce żylaste, obciągnięte półprzejrzystą skórą, – ręce takie, jakich nigdy nie miałeś szans widzieć u niego.
Do tego wszystkiego nigdy nie dochodzi.
1998 – 9 lat po tym, jak w Polsce upadł komunizm. Znawczyni jego twórczości44, przekonana, że jesteś niezbędny do zrozumienia i opisania jego życia, postanawia Cię znaleźć. Przetrzepuje więc archiwa – analizuje fragmenty dziennika, w których pisał o Tobie; te parę fotografii, na których się pojawiłeś; listy, które do niego pisałeś, listy, które pisał do Ciebie i listy jego przyjaciół, w których pojawiło się Twoje imię; sprawdza nawet koperty – każdy świstek, każdy szczegół może być przydatny. Ale żaden nie jest. Po tym wszystkim nie wiadomo nawet, jak sprawdzić, czy nadal żyjesz. Poszukuje więc Waszych wspólnych znajomych.
Kazimierz, który mógłby powiedzieć o Tobie najwięcej, nie żyje od 29 lat, Halina – od 18, Zygmunt45 – 7, Jadwiga46 – 27, Litka47 – 25, Sława48 – 9, Michał49 – 29, Zdzisław50 – 28, Gabriela51 – nawet nie wiadomo, kim była. Wreszcie Janina – ta sama, która siedzi między Wami na Waszym jedynym wspólnym zdjęciu – potwierdza, że żyjesz, przyznaje, że wie, gdzie mieszkasz, ale Twojego adresu nie podaje, a dalszej rozmowy na Twój temat odmawia.
Więcej tropów nie ma.
Narzeczona52
Najdroższa osoba53
Żona54
Przyjaciel55
Chłopak56
Johnson57
Chłopiec58
Audry59
Ten60
Stały kochanek61
3 czerwca 2003, „The Charlotte Observer”:
„Aubrey Hayes Johnston Pan Johnston (85 l.), pochodzący z Charlotte, odszedł 30 maja 2003 roku. Pan Johnston był synem T. Oscara Johnstona i Corinny Hoover Johnston. Długoletni mieszkaniec Miasta Nowy Jork, pan Johnston aktywnie wspierał sztukę, szczególnie operę, balet i teatr. Dużo podróżował, odwiedził podczas swojego życia pięć kontynentów […]”62.
Napisał raz w dzienniku: „Są rzeczy, które nie istnieją – nie wypowiedziane, które można zabić milczeniem. […] To właśnie sztuka życia […]. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z kłamstwem, z okłamywaniem siebie i innych. Chodzi tu o walkę z sobą, w której bronią jest również – nie babrać się w tym, co się chce odrzucić”63.
A tego, co chciał odrzucić, był ogrom. Miał więc wiele tajemnic – nie tylko przed innymi, ale też, a może przede wszystkim, przed sobą samym, i badacze chcieliby, żebyś pomógł je rozwikłać, żebyś opowiedział jego historię swoim głosem. Ale teraz, kiedy nie możesz powiedzieć już nic, trzeba mówić o Tobie. I do Ciebie. Zasługujesz na to, by przestać udawać, że nigdy Cię nie było. Zasługujesz na to, by wyznać Ci rzeczy, o których być może nikt nigdy Ci nie powiedział, a o których masz prawo wiedzieć – masz prawo bardziej niż ktokolwiek inny.
Czy wiedziałeś, że zanim Cię poznał, tułał się po świecie ze świadomością, że jeśli zostanie w Europie, zginie, traktowany jak podczłowiek? Czy wiedziałeś, że skoro w USA za związek mężczyzny z mężczyzną groziło więzienie, a w Polsce panował komunizm, i tu, i tam był człowiekiem nielegalnym? Czy wiedziałeś, że kiedy starał się o stałą pracę w New Yorku, ktoś doniósł władzom o jego homoseksualności? Czy wiedziałeś, że był inwigilowany przez FBI? Czy wiedziałeś, że był wyzywany od pedałów? Czy wiedziałeś, jak bardzo wstydził się swojej miłości do młodych mężczyzn i swojego starzejącego się ciała? Czy wiedziałeś, że latami walczył z neurastenią, stanami depresyjnymi, lękami, myślami samobójczymi? Czy wiedziałeś, że pierwszy raz próbował odebrać sobie życie jako dwudziestokilkulatek? Czy wiedziałeś, że kiedy łażenie po psychiatrach i faszerowanie się narkotycznymi lekami nie dawało absolutnie nic, rzucał się w poezję, której już nie potrafił pisać, religię, która przypominała mu, jak bardzo jest niemoralny, pracę, która wysysała z niego całą energię, przyjaźnie, które niszczył swoim egocentryzmem, miłość, za którą mógł skończyć w więzieniu, i przypadkowy seks, który musiał ukrywać: przed światem (bo popełniał przestępstwo), przed Tobą (bo zdradzał Cię na prawo i lewo) i przed sobą (bo tak bardzo się tym brzydził)? Czy wiedziałeś, że te wszystkie rzeczy też absolutnie nic nie dawały? Czy wiedziałeś, że w ostatnich miesiącach jego życia wywleczono tamten dawny donos i wzywano go na przesłuchania, na których wypytywano go o jego seksualność? Czy wiedziałeś, że swoje ostatnie dni spędził, nocując po znajomych, bo tak bardzo bał się spać u siebie?
A lata po jego śmierci nie tylko jego czytelnicy, ale też znajomi i badacze jak gdyby nigdy nic zastanawiali się, dlaczego właściwie odebrał sobie wtedy życie, podczas gdy jeśli faktycznie było się nad czym zastanawiać, to nad tym, jakim cudem wytrzymał aż tak długo.
Bo wiesz, kiedy pisał, że są rzeczy, które można zabić milczeniem, mylił się – milczenie to było za mało, by go uratować. Ale to było także za mało, by ukryć Twoje istnienie. Bo po zabitych milczeniem rzeczach i ludziach zostają ślady.
Aubreyu Hayesie Johnston, byłeś partnerem Jana Lechonia.
Prenumerata to cztery spotkania z literaturą w roku — bez kolejek, bez kosztów wysyłki, prosto do Twojej skrzynki. Płacisz 40 zł, zyskujesz wygodę i pewność, że nic Ci nie umknie.