Skażone pejzaże

O krajobrazach zwykle myślimy jak o tle: czymś trwałym, „zastanym”, obojętnym wobec naszego przemijania. A jednak są miejsca, w których tło przestaje być neutralne. Krajobraz staje się śladem – zapisuje w sobie przemoc technologii, logikę eksploatacji, długie trwanie katastrofy. Zostaje „skażony” nie tylko chemicznie czy radioaktywnie, lecz także symbolicznie: przez pamięć, przez milczenie, przez wstyd i przez niepewność tego, co wolno jeszcze nazwać pięknem. W takich pejzażach zmysły nie wystarczają, a to, co działa najmocniej, bywa niewidzialne: dawka, pył, osad, rozpad. I właśnie dlatego potrzebujemy języka – i właśnie dlatego język tak często się tutaj załamuje.

 

Numer „Czasu Literatury”, który otwieramy tytułem Skażone pejzaże, proponuje spojrzenie na przestrzeń jako na archiwum następstw. Interesuje nas skażenie rozumiane szeroko: jako materialna toksyczność środowiska (gleby, wody, lasu), ale też jako stan relacji – między ludzkim i nie-ludzkim, między pamięcią i zapomnieniem, między tym, co da się opowiedzieć, a tym, co pozostaje w elipsie, w zawieszeniu głosu, w niedopowiedzeniu. Dlatego w tym numerze pejzaż nie jest dekoracją: jest współsprawcą narracji, polem napięć, dowodem w sprawie, której nie da się szybko zamknąć.

fot. Alicja Rzepa

W tekście Katarzyny Boni Rozpad „skażony” las jest jednocześnie zachwycający i niebezpieczny: piękno zieleni zostaje przecięte trzaskiem dozymetru, a opowieść o Fukushimie odsłania, że promieniowanie zatruwa nie tylko ziemię, rośliny i ciała, lecz także wyobraźnię oraz zaufanie – tkankę wspólnoty. Z kolei Marta Tomczok w Oskalpowanych rajach przesuwa optykę na polskie krajobrazy po przemyśle: miejsca „wchłonięte” przez kopalnie, huty i elektrownie, historie przesiedleń,
degradacji i utraty, które domagają się nazwania – bo bez nazwy zostaje tylko blizna ziemi.

Szczególne miejsce zajmuje w numerze Czarnobyl – nie jako zamknięte „wtedy”, lecz jako matryca rozpoznawania świata „po”: ryzyka rozproszonego w czasie i przestrzeni, katastrofy, która nie mija, tylko pracuje dalej, w środowisku, polityce i języku. Paulina Feliksik w eseju Piołun, cez i „styl czarnobylski” pokazuje, jak literatura oswaja niewidzialną katastrofę: jak zmieniają się idiomy mówienia o Czarnobylu, jak przesuwają się akcenty – od apokaliptycznego porażenia ku bardziej złożonym, polifonicznym narracjom „po”, dopuszczającym także perspektywy nie-ludzkie.

 

Ważnym narzędziem rozumienia tego „długiego po” jest zaproponowana przez Roba Nixona kategoria powolnej przemocy: przemocy pozbawionej widowiska, rozciągniętej, trudnej do uchwycenia w rytmie newsów, a przez to podatnej na manipulacje i „przesuwanie” granic skażenia decyzją administracyjną czy interesem ekonomicznym. W rozmowie Alicji Górskiej i Kamila Jędrasiaka Prawda na zgliszczach: Czarnobyl i Heweliusz powraca natomiast pytanie o to, co dzieje się „po” katastrofie w sferze opowieści: jak działa potrzeba wskazania winnego, jak powstają narracje porządkujące chaos i kto płaci cenę „przełożenia prawdy” na dramaturgię.

Toksyczność, o której myślimy w tym numerze, nie jest wyłącznie „tematem” ani dekoracją katastroficznej wyobraźni: to reżim doświadczenia, który zmienia skalę, czas i język opowiadania.

Po Czarnobylu skażenie pracuje jak hiperobiekt – niewidzialny, lepki, długotrwały, rozproszony – a zarazem jak „powolna przemoc”, której skutki nie układają się w jedną
datę, tylko w chroniczność: w krajobraz, który pamięta, i w ciało, które nie wie, co dokładnie pamięta. W tej perspektywie katastrofa nie jest już tylko „wybuchem”, lecz społeczną, technologiczną i ekologiczną czasoprzestrzenią następstw – z kryzysem języka, z elipsami świadectwa, z napięciem między apokaliptycznym trybem „świadka” a późniejszą fetyszyzacją strefy, ale też z możliwością ekokrytycznego przesunięcia ku temu, co nie-ludzkie. Szczególnie wyraźnie widać to tam, gdzie skażony pejzaż przestaje być tłem, a staje się współsprawcą narracji, a katastrofa – paradoksalnie – ujawnia swój subwersywny potencjał, wymuszając nowe formy opłakiwania i nowe, nieantropocentryczne wyobrażenia wspólnoty.

 

Ten numer domyka jeszcze jeden gest: przeniesienie „skażonego pejzażu” bliżej codzienności. W eseju Joanny Żabnickiej krajobrazem staje się miejska okolica, w której budowa marketu zasypuje łąkę; a pytanie „czy da się odkazić pejzaż?” okazuje się pytaniem o sprawczość widzenia, o odpowiedzialność opisu i o to, jak tekst – przez rytm, cięcie, przerzutnię – potrafi zmienić nasze rozpoznanie miejsca.

Chcemy więc zapytać: jak opowiadać o krajobrazach, które jednocześnie kwitną i szkodzą? Co dzieje się z narracją, gdy natura staje się nośnikiem przemocy, a piękno bywa podejrzane? Jak zmienia się wyobraźnia wspólnoty, gdy uczy się żyć z ryzykiem rozproszonym w czasie – katastrofą, która nie mija, archiwum skażenia pracującym w tkankach świata? W jakich gatunkach i rejestrach słychać to najlepiej: w eseju, w poezji, w prozie, w reportażu, w formach hybrydycznych? I wreszcie: które istnienia uznajemy za godne opłakiwania – tylko ludzkie, czy także światy nie-ludzkie: zwierzęta, rośliny, zniszczone habitaty, zerwane rytmy życia?

Oddając w Państwa ręce najnowszy numer „Czasu Literatury”, zapraszamy do wspólnej pracy wyobraźni i lektury krajobrazu jako tekstu – i do lektury tekstu jako wrażliwego instrumentu pomiaru świata: jego szkód, przemilczeń i możliwości odnowy. Wierzymy, że literatura wciąż potrafi być przestrzenią spotkania: miejscem, gdzie to, co niewidzialne, dostaje formę; gdzie można nazwać stratę bez jej unieważniania; gdzie krajobraz – nawet skażony – odzyskuje wymiar relacji, a nie tylko tła.

zamów czas literatury

Prenumerata to cztery spotkania z literaturą w roku — bez kolejek, bez kosztów wysyłki, prosto do Twojej skrzynki. Płacisz 40 zł, zyskujesz wygodę i pewność, że nic Ci nie umknie.

Prenumerata

tu nas znajdziesz: