Dowody na Twoje istnienie

Akt urodzenia

 

1918, USA. Chłopcy wykrwawiają się na frontach Wielkiej Wojny, kobiety domagają się praw wyborczych, Kongres szykuje się do wprowadzenia prohibicji, a Karolina Północna rośnie w siłę jako bawełniana i tytoniowa potęga. Właśnie tutaj, 15 lutego, rodzisz się. Jesteś 4. dzieckiem T. Oscara Johnstona („Ojciec; Kolor skóry: Biały; Wiek w latach pełnych: 36”) i Corinny Hoover („Matka; Kolor skóry: Biały; Wiek w latach pełnych: 38”). Zostaje Ci nadane imię – Aubrey – które przez lata będzie przekręcane, zastępowane eufemizmami albo zupełnie wymazywane. Ale teraz, Aubreyu Hayesie Johnston, nie ma powodu, by ukrywać Twoje istnienie. Jesteś, tylko i aż, synem swoich rodziców i bratem swoich sióstr. W Twoim akcie urodzenia zostaje więc zapisane: „Niniejszym oświadczam, że byłem obecny przy narodzinach tego dziecka, które urodziło się żywe […]”.

 

Część 1 1941–1956

 

Księga gości

 

Nie wiadomo, dlaczego i jak tam trafiasz, ale w latach ’40. mieszkasz już w New Yorku – „mieście, które nigdy nie śpi”, a które teraz ma jeszcze jeden powód do bezsenności: kolejną wojnę. Z portów co chwila odchodzą statki z zaopatrzeniem, a przybijają do nich te pełne przerażonych Europejczyków, szukających w Twojej ojczyźnie spokoju i bezpieczeństwa. Jednym z nich jest on – Jan. U siebie, w Polsce – wybitny poeta i bywalec salonów, tutaj – jeszcze jeden nikt. Oczywiście, nadal chce czuć się ważny, ale nie zamierza się asymilować czy jakoś przesadnie angażować w naukę angielskiego – po prostu czeka, aż będzie można wrócić do kraju, i w międzyczasie trzyma się tylko ze „swoimi”.

 

Mimo to poznajecie się. Po latach napisze, że w ’41.1, ale najwcześniejszym śladem, który zostawiasz w jego życiu, a który przetrwa, jest wpis w jego księdze gości w styczniu ’442. Bez dokładnej daty, bez komentarza – tylko nagryzmolone szerokim, lewoskośnym pismem pierwsze imię i nazwisko. Pośród jego krajanów i krajanek – Iren, Zygmuntów, Janin, Aleksandrów i Sław – jesteś jedynym Amerykaninem. Ale kilka miesięcy później, na kolejnej karcie, pod podpisem dodajesz: „[…] »z polskich salonów na nowojorskie wybrzeża”3, a w następnym roku, w sylwestra, spolszczasz sobie nazwisko do „Johnstonski”4. Należysz do nich. Należysz do niego.

 

Fotografia

 

Jakoś w tych czasach bierze Cię ze sobą na przyjęcie do newyorskiej ambasady RP, na którym ktoś robi Wam zdjęcie: siedzicie przy zastawionym stoliku z niedbale narzuconym obrusem; Ty – dziarski blondwłosy country boy* pod krawatem, on – zmęczony łysiejący pan po czterdziestce, w za luźnej marynarce i okularach korekcyjnych. Wyglądacie jak ojciec i syn, którzy wybrali się do restauracji uczcić magisterkę tego drugiego – obaj uśmiechacie się do obiektywu, a Ty trzymasz kieliszek, jakbyś miał wznieść toast5. Musi mieć niezły tupet, że Cię tu przyprowadził. Albo nie zdaje sobie jeszcze sprawy z możliwych konsekwencji i myśli, że wolno mu przed samym sobą udawać, że New York to Warszawa, gdzie z chłopakami, których kochał, mógł pokazywać się bezkarnie6. Między Wami siedzi młoda brunetka w czarnym żakiecie – Janina7, jego przyjaciółka, z którą często się spotykacie. To Wasze jedyne wspólne zdjęcie.

 

zamów czas literatury

Prenumerata to cztery spotkania z literaturą w roku — bez kolejek, bez kosztów wysyłki, prosto do Twojej skrzynki. Płacisz 40 zł, zyskujesz wygodę i pewność, że nic Ci nie umknie.

Prenumerata

tu nas znajdziesz: