Ustanawianie motyli

Od blisko dwudziestu lat mój francuski kumpel Claude przesyła mi – dwa, trzy razy w tygodniu – kolejną odsłonę swojego bloga zatytułowanego (w przekładzie na polski) „Konieczne nieporozumienie”. Jeśli pamięć mnie nie myli, ten tytuł może być wspólnym naszym dziełem; przypomina coś z Ciorana, gdyby dojrzeć w nim, powiedzmy, aforystyczną definicję istnienia, a o Cioranie sporo w dawnym, przedblogerskim czasie gadaliśmy. Kolejne odcinki bloga są krótkie i niemal wszystkie wypełnione są cytatami z poezji albo czyimś wierszem; bardzo rzadko z jednym czy dwoma zdaniami towarzyszącymi, minikomentarzem albo wprowadzeniem. Sam Claude jest poetą, wydał kilka niewielkich książek w niszowych wydawnictwach. Nie lubi ruszać się z miejsca – kiedyś chciałem go ściągnąć na pierwszy Festiwal Conrada; bez szans. Jego nazwisko nie jest znane, tak jak nie są znane poza bardzo wąskim kręgiem nazwiska poetów, których wersy przytacza. Nieznużona ciągłość bloga sprawia wszakże, że czytającym przynosi dziwne wrażenie uczestnictwa w wiecznym teraz, w którym zdania-wersy spotykają się w jednym miejscu i w jednej chwili rozciągniętej do kresu możliwości.

 

Pozór takiego „wiecznego teraz” przynoszą również festiwale literackie będące tematem tego wydania „Czasu Literatury”. Pozór, gdyż owe parodniowe spotkania, jeśli atmosfera jest nagrzana, obcinają brzegi trwania; przeszłość i przyszłość odpadają, a w zamian nabrzmiewa chwila, w której jesteśmy. Słabo dostrzegam funkcję społeczną festiwali, ale funkcję metafizyczną – owszem. Zwiększa się dawka istotności; autorzy, kiedy tylko publiczność dopisuje, mogą mieć poczucie wzmożonej sensowności własnego pisania, którego to poczucia na co dzień przed ekranem wybitnie brakuje. Tym bardziej, że wieczorem można się wspólnie napić albo popalić. Publiczność, jeśli dobrze pójdzie, też wchodzi do tego wehikułu mikrowieczności (kiedyś bito rekordy: ile osób zmieści się w małym fiacie, więc coś takiego); przejmie się tym, co usłyszy, z niektórych mądrości zaplecie własne poczucie sensu. Mówię to właściwie bez ironii; oczywiście festiwale przynoszą potężną dawkę vanitas, łatwą do obśmiania. Najmniej lubię te, na które tylko się wpada, żeby wypaść; do stworzenia święta, zbudowania Złotego Miasta, trzeba ciut więcej obecności.

„Festiwal” Claude’a pozbawiony jest z natury rzeczy wszelkiej światowości. Pewnie dlatego jest cokolwiek melancholijny. Przychodzą tylko słowa; autorzy pozostali w domu. Co znaczy: tylko słowa się liczą. Nie nazwiska autorów ani ich widoczne ciała; wszystko to trafiło do depozytu. Jeśli nawet cytaty są podpisane, to i tak zdają się anonimowe; są jak pozostawiony na zatracenie jednorazowy ślad. Nie ma tu, w przeciwieństwie do festiwali realnych, wykluczenia (kogo zaprosić, a kogo nie). Zapraszane są wersy, nie ludzie.

 

To jedno; drugie dotyczy ich piękna. To znaczy: raz na jakiś czas (rzadko, ale jednak) jakieś zdanie wydaje się fantastyczne, nadzwyczajne, jakby wyszło spod pióra dziesięciu noblistów naraz. Żadne z nich nie wejdzie do panteonu literatury ani nie trafi do ksiąg (czy na strony internetowe) z najlepszymi cytatami – bo po pierwsze, nikt ich nie zauważy, bo po drugie, nie stoi za nimi żaden „autorytet”, bo po trzecie, ich świetność jest elitarna.

Ile takich zdań powstaje codziennie na świecie? Zawsze mnie to fascynowało: fantastyczne obrazy z fantastycznie zestawionych słów w wierszach, tekstach, przelotnych wypowiedziach czy książkach kompletnie – czy to przez bezlitosne prawa rynku, brak promocji, czy to z innych powodów – pięciorzędnych. A nawet: fantastyczne zdania w tekstach (wierszach, opowiadaniach i tak dalej) ogólnie nieszczególnych, wręcz słabych. Tak jakby coś nagle w czyjejś wyobraźni się zagęszczało, krystalizowało, niespodziewanie wyrzucało na brzeg papieru kawałek bursztynu. Wszystko to tworzy nieskończony festiwal, który nie ma żadnego tematu przewodniego; którego tematem jest wszystko, co możliwe.

 

Wczoraj Claude obchodził urodziny; jest teraz bardzo wiekowym, wciąż melancholijnym i nieco znużonym już człowiekiem. Złożyłem mu życzenia; przez chwilę śmieliśmy się z urodzinowych powinszowań, które lubił składać Cioran: „Serdeczne gratulacje! O rok mniej!”. Dzisiaj pomyślałem o nim – nieco sentymentalnie, bo czas już tak bardzo mija, bo jego żona artystka przez całe życie maluje wyłącznie motyle, bo jedno jego poetyckie zdanie uruchomiło mi kiedyś pisanie książki, która nie chciała wystartować – kiedy szukając tekstów o używkach, a zwłaszcza o winie, u romantyków niemieckich, wpadłem na wiersz Hölderlina (Wspomnienie w przekładzie Antoniego Libery). Z niego jeden fragment:

 

Niech by mi już kto podał
Aromatyczny puchar
Pełen ciemnego światła
I niech bym już odpoczął;
Byłoby słodko spać w cieniu.
Nie, myślenie o śmierci
To niedobre, bezduszne.
Trzeba rozmawiać, mówić
O tym, co czuje serce,
I słuchać, wiele słuchać
O dniach miłości i czynach,
Których dokonywano.

 

Trzeba rozmawiać i trzeba słuchać. Wiersz Hölderlina kończy się słynnym wersem. „Wszelako co się ostaje, ustanawiają poeci”. Tak? Tak jest? Claude mówi „tak”. Bo zna ten paradoks prawdziwej wiary: wierzyć głęboko w to, w co się nie wierzy.

zamów czas literatury

Prenumerata to cztery spotkania z literaturą w roku — bez kolejek, bez kosztów wysyłki, prosto do Twojej skrzynki. Płacisz 40 zł, zyskujesz wygodę i pewność, że nic Ci nie umknie.

Prenumerata

tu nas znajdziesz: